Ciekawostki

„Ze wspólnie zgromadzonego majątku masz tylko nadwagę!” — mąż roześmiał się na korytarzu sądowym, żądając, by mieszkanie przypadło jemu…

„Ze wspólnie zgromadzonego majątku masz tylko nadwagę!” — mąż roześmiał się na korytarzu sądowym, żądając, by mieszkanie przypadło jemu…

Kiedy Tomasz złożył pozew o rozwód, Anna nie dowiedziała się o tym od niego. W skrzynce na listy znalazła urzędową kopertę, a w środku pozew, w którym mąż określił ich małżeństwo jako „faktycznie zakończone” już dwa lata wcześniej.

Tego samego wieczoru spokojnie jadł kolację w kuchni i zachowywał się tak, jakby nic się nie stało.

— Zamierzałeś mi o tym powiedzieć? — zapytała Anna, kładąc dokumenty przed nim.

Tomasz przebiegł wzrokiem pierwszą stronę i wzruszył ramionami.

— Prędzej czy później i tak byś się dowiedziała.

— Przeżyliśmy razem osiemnaście lat.

— Właśnie dlatego pora przyznać, że z tego małżeństwa od dawna została już tylko nazwa.

Anna spodziewała się kłótni, wyjaśnień, choćby próby rozmowy. Zamiast tego Tomasz oznajmił, że wynajął już mieszkanie i przeprowadzi się pod koniec tygodnia.

— A co będzie z tym mieszkaniem? — zapytała.

— Nic. Po rozwodzie nadal będę tu mieszkał.

— Dlaczego ty?

— Bo to ja je kupiłem.

Mieszkanie kupili cztery lata po ślubie. Wkład własny wpłacili ze wspólnych oszczędności, a kredyt został zaciągnięty na Tomasza, ponieważ w tamtym czasie jego oficjalne dochody były wyższe. Anna pracowała w małej piekarni, a jednocześnie opiekowała się chorą matką męża.

Co miesiąc oddawała część swojej pensji na zakupy i opłaty, żeby Tomasz mógł przelewać do banku większe raty. Później Anna znalazła pracę jako recepcjonistka w hotelu, a raty kredytu zaczęły być spłacane ze wspólnego konta.

W pozwie męża nie było jednak o tym ani słowa. Tomasz twierdził, że kupił mieszkanie wyłącznie za własne pieniądze, a żona niemal w ogóle nie dokładała się do domowego budżetu.

— Naprawdę napisałeś, że utrzymywałeś mnie przez całe osiemnaście lat? — Anna nie mogła uwierzyć.

— A nie? Popatrz, ile zarabiałem ja, a ile ty.

— Płaciłam za jedzenie, rachunki i remonty.

— Zwykłe wydatki domowe. To nie czyni cię właścicielką mieszkania.

— Mieszkanie zostało kupione w trakcie małżeństwa.

— To ja spłacałem kredyt.

Anna otworzyła szafę i wyjęła starą teczkę z dokumentami. Większość wyciągów bankowych miała w formie elektronicznej, ale w teczce nadal znajdowały się rachunki za meble, kuchnię i remont łazienki.

— To wszystko też kupiłeś ty?

Tomasz uśmiechnął się kpiąco.

— Kanapa i płytki nie są warte połowy mieszkania.

Tydzień później wyprowadził się, zabierając telewizor, ekspres do kawy i niemal cały nowy sprzęt. Annie zostawił starą lodówkę oraz pralkę, która od kilku miesięcy przeciekała.

Kiedy zadzwoniła i zażądała zwrotu choć części rzeczy, Tomasz odpowiedział:

— Ja za nie zapłaciłem, więc są moje.

— Ekspres do kawy dostałam w prezencie od kolegów z pracy.

— Udowodnij.

Po tym Anna przestała rozmawiać z nim przez telefon. Zachowała korespondencję i zwróciła się do prawnika.

Ten uważnie przejrzał dokumenty.

— Jeśli mieszkanie zostało nabyte w trakcie małżeństwa, sam wpis w księdze wieczystej na nazwisko męża nie czyni go jego majątkiem osobistym — wyjaśnił. — Tomasz twierdzi jednak, że wykorzystał własne oszczędności sprzed ślubu. Musimy odtworzyć przepływ pieniędzy.

— Jakie oszczędności? Kiedy się pobraliśmy, miał stary samochód i dziewięć tysięcy złotych na koncie.

— W takim razie wystąpimy o wyciągi.

Anna zebrała dokumenty z wielu lat. Znalazła umowę kupna mieszkania, harmonogram spłat i potwierdzenia przelewów ze wspólnego konta. Ze starej korespondencji z mężem jasno wynikało, że wkład własny omawiali jako wspólny.

W jednej wiadomości Tomasz pisał: „Jeśli dołożymy twoje 35 tysięcy, bank przyzna nam potrzebną kwotę”.

Anna zachowała też wyciąg bankowy potwierdzający ten przelew.

Gdy Tomasz otrzymał kopie jej odpowiedzi na pozew, przyjechał bez zapowiedzi.

— Postanowiłaś odebrać mi mieszkanie? — zapytał od progu.

— Domagam się swojej należnej części.

— Jakiej części? Przez kilka lat pracowałaś za grosze.

— Kiedy opiekowałam się twoją matką, ty mogłeś brać nadgodziny.

— Nie mieszaj do tego mamy.

— Gotowałam jej, sprzątałam i woziłam ją do lekarzy. Sam prosiłeś, żebym nie szukała innej pracy, bo opiekunka za dużo by kosztowała.

— To była twoja dobrowolna pomoc.

— Wszystko, co robiłam ja, jakoś było dobrowolne. A wszystko, co robiłeś ty, od razu staje się twoją własnością osobistą.

Tomasz przeszedł do salonu i spojrzał na puste miejsce na ścianie, gdzie wcześniej wisiał telewizor.

— Proponuję układ. Ty rezygnujesz z mieszkania, a ja zostawiam ci meble.

— Meble, których jeszcze nie zdążyłeś wywieźć?

— I nie będę żądał podziału mojego samochodu.

— Samochód też kupiłeś w trakcie małżeństwa.

Twarz Tomasza się zmieniła.

— Nie dostaniesz połowy. Mam dobrego adwokata.

— W takim razie spotkamy się w sądzie.

Po jego wyjściu Anna odkryła, że z teczki zniknął oryginał jednego dokumentu bankowego. Na szczęście wcześniej zrobiła kopie. Musiała też wymienić zamki w mieszkaniu.

Przed pierwszą rozprawą Tomasz przesłał nowe żądanie. Domagał się uznania, że całe mieszkanie, samochód i oszczędności bankowe należą wyłącznie do niego. Annie proponował pozostawienie starych mebli oraz kilkunastu tysięcy złotych „w geście dobrej woli”.

Dołączył również wyliczenie, w którym oszacował swój wkład w rodzinny budżet na niemal czterokrotnie wyższy niż wkład żony. Lata, w których Anna opiekowała się jego matką i prowadziła dom, w tabeli zostały opisane jednym słowem: „bezrobocie”.

— On celowo chce przedstawić mnie jako osobę na jego utrzymaniu — powiedziała prawnikowi.

— Niech wyjaśni pochodzenie wkładu własnego i płatności ze wspólnego konta. Liczby są ważniejsze od obelg.

W dniu rozprawy Anna przyjechała wcześniej. Tomasz stał już na korytarzu sądowym obok swojego adwokata. Miał na sobie drogi szary garnitur, kupiony krótko przed rozwodem.

Na widok żony powiedział głośno:

— Jeszcze nie jest za późno, żebyś przyjęła moją propozycję. Inaczej wydasz pieniądze na prawnika i i tak odejdziesz z niczym.

— W dokumentach napisałeś, że mieszkanie kupiłeś za pieniądze sprzed ślubu. Dzisiaj pokażesz, skąd je wziąłeś?

— Przez całe życie pracowałem, w przeciwieństwie do niektórych.

Anna zauważyła, że stojący obok ludzie się odwrócili. Tomaszowi to się spodobało. Wyprostował ramiona i zaczął mówić jeszcze głośniej:

— Spójrz na siebie. Naprawdę uważasz, że zasłużyłaś na połowę mojego majątku?

— Uważam, że majątek kupiony w trakcie małżeństwa za wspólne pieniądze należy do nas obojga.

Adwokat Tomasza próbował powstrzymać klienta, ale ten machnął ręką. Potem oceniająco spojrzał na zmienioną przez ostatnie lata sylwetkę żony i uśmiechnął się szyderczo.

„Ze wspólnie zgromadzonego majątku masz tylko nadwagę!” — mąż roześmiał się na korytarzu sądowym, żądając, by mieszkanie przypadło jemu…

Śmiech Tomasza rozszedł się po korytarzu. Kilka osób odwróciło wzrok, udając, że niczego nie słyszało. Anna poczuła, jak krew napływa jej do twarzy, lecz nie spuściła oczu.

— Dziękuję — powiedziała.

Tomasz przestał się śmiać.

— Za co?

— Właśnie świetnie pokazałeś przy świadkach, jak traktowałeś mnie w małżeństwie.

Wyjęła telefon. Rozmowa z mężem nagrywała się od chwili, gdy zaczął żądać, by zrezygnowała z mieszkania. Prawnik wcześniej poradził Annie, aby utrwalała wszelkie groźby i propozycje Tomasza.

Adwokat męża zauważył włączony ekran i zmarszczył brwi.

— Panie Tomaszu, proszę przestać rozmawiać z drugą stroną przed rozprawą.

— Ale co takiego powiedziałem? — oburzył się. — Sama wie, że przez ostatnie lata kompletnie się zaniedbała.

— Mów dalej — odpowiedziała Anna. — Im więcej powiesz, tym mniej będę musiała wyjaśniać.

Drzwi sali otworzyły się i protokolantka zaprosiła uczestników do środka.

Tomasz domagał się uznania mieszkania za swój majątek osobisty. Jego adwokat rozpoczął od opowieści o tym, że mąż przez całe małżeństwo osiągał wyższe dochody, samodzielnie spłacał kredyt i utrzymywał żonę.

— Anna przez kilka lat praktycznie nie uczestniczyła w gromadzeniu majątku rodzinnego — oświadczył. — Jej zarobki ledwie wystarczały na osobiste wydatki.

Prawnik Anny wniósł o dołączenie wyciągów bankowych. Wkład własny wynosił 105 tysięcy złotych. Trzydzieści pięć tysięcy wpłynęło z osobistego konta Anny, a pozostałe 70 tysięcy małżonkowie zaoszczędzili w trakcie małżeństwa.

— Powód twierdzi, że wykorzystał oszczędności sprzed ślubu — powiedział prawnik. — Jednak w dniu zawarcia małżeństwa na jego koncie znajdowało się 9 500 złotych. Nie potwierdził pochodzenia pozostałej kwoty.

Tomasz pochylił się do adwokata i coś zirytowanym tonem wyszeptał.

Następnie sądowi przedstawiono spłaty kredytu. Przez pierwsze dwa lata pieniądze rzeczywiście były przelewane z konta Tomasza, lecz co miesiąc wpływała na nie część wynagrodzenia Anny. Później raty były już w całości opłacane ze wspólnego konta rodzinnego.

— To było konto techniczne — stwierdził Tomasz. — Większą część środków wpłacałem ja.

— Dlaczego więc w korespondencji dziękuje pan żonie za dołożenie 35 tysięcy złotych do wkładu własnego? — zapytał sędzia.

— Nie pamiętam. Być może chodziło o remont.

Prawnik Anny odczytał całą wiadomość:

— „Jeśli dołożymy twoje 35 tysięcy, bank przyzna nam potrzebną kwotę. Wreszcie kupimy nasze mieszkanie”.

Na sali zapadła cisza.

— Czy napisał pan tę wiadomość? — dopytał sędzia.

— Prawdopodobnie tak. Ale słowo „nasze” niczego nie dowodzi. Ludzie w małżeństwie często tak mówią.

Potem Tomasz został poproszony o wyjaśnienie, dlaczego przed podziałem majątku zabrał z mieszkania telewizor, ekspres do kawy i pozostały sprzęt.

— To moje rzeczy. Ja za nie zapłaciłem.

— Ekspres do kawy został Annie podarowany przez współpracowników — zaprzeczył jej prawnik. — Istnieje korespondencja, zdjęcia z uroczystości oraz pisemne potwierdzenia od dwóch osób.

— Nie wiedziałem — burknął Tomasz.

— Żona powiedziała panu o tym, gdy zażądała zwrotu rzeczy.

— Nie pamiętam takiej rozmowy.

Anna słuchała i coraz wyraźniej rozumiała, że mąż zbudował swoje stanowisko nie na dokumentach, lecz na przekonaniu, że jej wkładu nie da się zobaczyć. Gotowanie, sprzątanie, opieka nad jego matką i opłacanie codziennych wydatków nie pozostawiały po sobie dowodów własności. Tomasz przywykł uważać, że pieniądze przelewane do banku są ważniejsze niż jedzenie, prąd i wiele lat cudzej pracy.

Sędzia nie rozpatrywał osobno opieki nad matką Tomasza jako roszczenia pieniężnego, ale ta część historii wyjaśniała, dlaczego dochody Anny przez kilka lat były niższe.

W korespondencji zachowały się wiadomości Tomasza:

„Mamie znowu jest źle, pobądź z nią jutro”.

„Proszę, nie wracaj jeszcze na pełen etat. Opiekunka będzie za dużo kosztować”.

„Dzięki tobie mogę brać dodatkowe zmiany”.

Kiedy te słowa wybrzmiały na sali, Tomasz wyraźnie się zdenerwował.

— Sama chciała pomagać — powiedział. — Nikt jej nie zmuszał.

— Ale prosił pan, aby zrezygnowała z pracy na pełen etat, by opiekować się pańską matką? — doprecyzował sędzia.

— Tymczasowo.

— Ten „tymczasowy” okres trwał niemal cztery lata.

Tomasz zamilkł.

Rozprawa zakończyła się zleceniem dodatkowej wyceny mieszkania, samochodu i pozostałego majątku. Sąd zażądał pełnych wyciągów bankowych oraz dokumentów dotyczących pochodzenia wkładu własnego. Do czasu zakończenia postępowania stronom zakazano sprzedaży spornego majątku.

Na korytarzu Tomasz od razu podszedł do Anny.

— Specjalnie zachowałaś korespondencję sprzed dziesięciu lat?

— Została w starej kopii zapasowej.

— Normalny człowiek nie zbiera haków na własnego męża.

— Normalny mąż nie nazywa opieki nad swoją matką bezrobociem żony.

Adwokat ponownie odciągnął Tomasza na bok, nie pozwalając mu kontynuować rozmowy.

Kilka dni później przysłał Annie nową propozycję. Tomasz zgadzał się wypłacić jej 110 tysięcy złotych, jeśli mieszkanie i samochód zostaną przy nim.

Wartość rynkowa samego mieszkania przekraczała 1,3 miliona złotych.

Anna odmówiła.

Po niezależnej wycenie Tomasz zaproponował 175 tysięcy. Potem 260 tysięcy. Za każdym razem podkreślał, że robi to „dla polubownego rozwiązania” i że sąd i tak nie przyzna żonie połowy.

Dokumenty bankowe pokazywały jednak coś przeciwnego. Mieszkanie zostało kupione cztery lata po ślubie, kredyt spłacano w trakcie małżeństwa, a znaczna część pieniędzy przechodziła przez wspólne konto. Tomasz nie potrafił potwierdzić, że przed ślubem miał wystarczające oszczędności.

Druga rozprawa okazała się dla niego jeszcze bardziej nieprzyjemna. Wyszło na jaw, że na kilka miesięcy przed złożeniem pozwu o rozwód wypłacił ze wspólnego konta oszczędnościowego 167 tysięcy złotych i przelał je na nowe konto otwarte wyłącznie na swoje nazwisko.

— To moje premie — wyjaśnił Tomasz.

— Premie zostały otrzymane w trakcie małżeństwa — zauważył sędzia.

— Ale to ja je zarobiłem.

— Dochody małżonków w czasie trwania małżeństwa nie stają się majątkiem osobistym tylko dlatego, że zostały wypłacone przez pracodawcę jednego z nich.

Anna nie wiedziała o tym przelewie. Gdy oszczędzała na ubraniach i odkładała naprawę pralki, mąż już wcześniej wyprowadzał rodzinne pieniądze.

Po rozprawie Tomasz po raz pierwszy odezwał się bez dawnego szyderstwa.

— Zakończmy to. Wypłacę ci 350 tysięcy.

— Nie.

— To wciąż za mało?

— Należy mi się nie kwota, którą łaskawie zechcesz podać. Najpierw wliczamy z powrotem do wspólnego majątku 167 tysięcy, a potem dzielimy go zgodnie z prawem.

— Jeśli sprzedadzą mieszkanie, zostanę bez domu.

— A gdzie, twoim zdaniem, miałam mieszkać ja po rozwodzie?

— Możesz wynająć coś małego. Samej ci dużo nie potrzeba.

Anna spojrzała na niego i mimowolnie się uśmiechnęła.

— Właśnie dlatego nie zawieramy już żadnych ustaleń bez prawników.

Tomasz nie był w stanie wypłacić żonie wartości jej udziału. Większość jego pieniędzy była ulokowana w samochodzie i znajdowała się na tym osobnym koncie. Chciał zachować i mieszkanie, i dotychczasowy poziom życia, oddając Annie tyle, ile sam uznawał za wystarczające.

Ostatecznie strony zgodziły się wystawić mieszkanie na sprzedaż. Tomasz próbował zaniżyć oficjalną cenę, licząc, że potem odkupi lokal przez znajomego, ale Anna nalegała na niezależną wycenę i sprzedaż przez agencję. Wszystkie oferty były rejestrowane na piśmie.

Równocześnie sporządzono listę sprzętu i mebli. Tomasz oddał ekspres do kawy. Telewizor oraz resztę wspólnie zakupionego wyposażenia wyceniono i włączono do ogólnego rozliczenia. Samochód pozostał przy nim, lecz Annie należała się połowa jego wartości.

Po pięciu miesiącach mieszkanie zostało sprzedane. Z uzyskanej kwoty spłacono niewielką pozostałość kredytu, a resztę podzielono po równo. Wypłacone przez Tomasza 167 tysięcy złotych również uwzględniono przy podziale: jego udział został odpowiednio pomniejszony.

Gdy ogłoszono orzeczenie, siedział z kamienną twarzą.

— Czyli dostanie połowę tylko dlatego, że byliśmy małżeństwem? — zapytał adwokata.

— Dlatego, że majątek powstawał w trakcie małżeństwa — odpowiedział tamten. — I dlatego, że potwierdzają to pańskie własne dokumenty.

Na korytarzu Tomasz znów dogonił Annę.

— Zadowolona? Teraz żadne z nas nie ma mieszkania.

— Ja mam pieniądze na własne mieszkanie.

— I tak nie wystarczy ci na porządne.

— Wystarczy na takie, w którym nikt nie będzie mi tłumaczył, że na nic nie zasłużyłam.

Omiotł ją wzrokiem od stóp do głów, jakby chciał powtórzyć dawną obelgę, ale zauważył telefon w jej dłoni i zamilkł.

Anna kupiła niewielkie dwupokojowe mieszkanie w spokojnej dzielnicy. Było mniejsze od poprzedniego, ale należało wyłącznie do niej. Część pieniędzy zostawiła na remont i poduszkę finansową.

Przez lata małżeństwa Anna przywykła kupować sobie ubrania dopiero po opłaceniu wszystkich rodzinnych rachunków. Teraz po raz pierwszy wybrała piękną sukienkę, nie na wyprzedaży. Sprzedawczyni zaproponowała większy rozmiar, a Anna spokojnie się zgodziła.

Jej waga nie zniknęła razem z Tomaszem. Zniknął za to człowiek, który wykorzystywał ją, by przekonać żonę o jej własnej bezwartościowości.

Kilka miesięcy później Anna spotkała byłego męża przed bankiem. Tomasz załatwiał kredyt na niewielkie mieszkanie i skarżył się pracownikowi na zbyt wysoki wkład własny.

Gdy zobaczył Annę, odwrócił się.

Nie podeszła do niego. W jej torebce leżały klucze do własnego domu oraz dokumenty, w których nie było nazwiska Tomasza.

Ze wspólnie zgromadzonego majątku nie została jej nadwaga.

Została jej dokładnie połowa tego, co mąż przez osiemnaście lat nazywał wyłącznie swoim.

Nota redakcyjna: To opowiadanie jest fikcją stworzoną w celach rozrywkowych. Bohaterowie, imiona i przedstawione wydarzenia są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub sytuacji jest przypadkowe.

Może Cię zainteresować